Z usług Google korzystam od dłuższego czasu. Do tej pory pamiętam, jakim „szpanem” było posiadanie konta Gmail cudem zdobytego z jakiegoś zaproszenia. Wcześniej korzystałem z usług jednego z polskich dostawców poczty, ale po odkryciu Gmaila szybko się na niego przestawiłem. Wtedy zresztą posiadałem bardzo niewielką ilość jakichkolwiek konta w różnych serwisów, „przesiadka” była więc po prostu formalnością. Korzystałem tak sobie z poczty od Google przez kilka lat, z czasem dołączyły do niego i inne usługi, takie jak Picassa, Dokumenty, Youtube, Analytics, czytnik RSS, czy też narzędzia dla webmasterów. Z czasem poznawałem ich coraz więcej, podobnie jak pojawiające się nowe opcje, które czasami były dla mnie strzałem w dziesiątkę, a czasami czymś zupełnie zbędnym.
Dzisiaj nie mam jednak zamiaru pławić się w zaletach usług giganta i wymieniać ich liczne zalety. Mam natomiast zamiar stwierdzić, że moim zdaniem usługi te są mocno ograniczone, lub też po prostu uczą „złych nawyków”. Doszedłem do takiego wniosku już jakiś czas temu, przyglądać się innym usługodawcom, wielu aplikacjom i faktycznemu użytkowaniu, tak w domu jak i w zakładach pracy. Przedstawiam więc kilka zarzutów na kilka dosyć często użytkowanych usług. Od razu zaznacza, że wcale nie zrezygnowałem z Google, nie przekreśliłem go zupełnie i nie mam zamiaru palić kartek zadrukowanych jego logo… Nadal wielu usług używam, bo są wygodne, a czasami i bezkonkurencyjne.
Gmail rewolucyjny
Na pierwszy ogień poślę Gmaila, któremu zarzucić można chyba najwięcej – świetna poczta, wygodny webmail, niesamowity antyspam… no i zerowe wykorzystanie bez połączenia z internetem. Google obudowało go masą przeróżnych funkcji, jedną z nich uważam za majstersztyk, a mianowicie, wysyłanie poczty z innych kont. Gdy dorzucimy do tego przekierowania z innych skrzynek, to tak naprawdę możemy z poziomu tylko jednej, operować kilkoma kontami, niekoniecznie pochodzącymi z Google. Problem pojawia się wtedy, gdy chcemy to wszystko jakoś zorganizować, lub gdy zamierzamy tego użyć na komputerze czy telefonie. Niestety, żaden klient poczty nie pozwoli nam na wysłanie poczty z innego konta przy pomocy takiego mechanizmu. Nie pozwoli na to nawet Google Offline, dodatek do Chrome, dodający „klienta poczty” – no ale czy każdy koniecznie musi chcieć używać przeglądarki Chrome, czy każdy nazwie klientem poczty tak mocno ograniczoną aplikację? Wątpię. Skoro już jestem przy klientach poczty, warto zastanowić się chwilę nad sensownością etykiet w Gmailu. Tak, są wygodne, tak, pozwalają na niesamowitą organizację… nie, nie są do wykorzystania gdzieś poza webmailem, od bólu na urządzeniach z Androidem (czy każdy musi używać Androida?).
Gdy skonfrontujemy to z tradycyjnym klientem poczty okazuje się, że pomysł nie ma sensu. Tworzyć możemy przecież foldery, ale etykiety przewidują możliwość oznaczenia jednej wiadomości wieloma z nich. Tymczasem nie ma to odzwierciedlenia w folderach, bo plik albo jest w jednym, albo w drugim, nigdy zaś w obu jednocześnie (chyba, że skopiujemy wprowadzając zamęt). Oczywiście nie mam zamiaru negować filtrów, bo te działają po stronie serwera i można je uznać, za coś „globalnego”, zaś w klientach pocztowych tworzyć sobie mniejsze filtry, skupiające jakieś detale.
Kontakty, społeczność
Skoro mówimy o poczcie, to zaraz obok mamy dostęp do kontaktów, kalendarza, zadań. Naprawdę dobra rzecz, po raz kolejny pozwalająca nam na lepszą organizację. Głowę rozbijamy o mur gdy okazuje się, że nie wszystko da się dobrze zsynchronizować. Gdy posiadałem Nokię E52 z Symbianem, dało się, chociaż nie bez oporów, ustawić synchronizację kontaktów (które z kolei w systemie samochodowym już się „wyłożyły”), ale nie działało to zbyt sprawnie. Na Androidzie oczywiście problemów nie ma, ale szokiem był dla mnie fakt, że działa to bardzo sprawnie również na Windows Phone. Oczywiście zapomnieć można o synchronizacji zadań, bo to Google robi na swój sposób i inni chyba nie chcą aż tak się w to pakować. Same kontakty mogą zawierać wystarczającą ilość informacji, ale ich umieszczenie czy synchronizowanie z klientami pocztowymi to już katorga. Powiązania z innymi zewnętrznymi usługami? A no pewnie że są, powiązałem sobie konto z Facebooka, ale oprócz tego, że informacja o powiązaniu istniała w ustawieniach konta, tak totalnie nic z tego nie wynikało – nie pojawiły się kontakty, nie ma żadnych informacji, nic a nic… Czyżby pan G obraził się na pana FB?
Trudno byłoby nie wspomnieć również o Google+. Zapowiadany jako rewolucja, ale chyba okazał się niewypałem. Przyznam szczerze, że początkowo mi się spodobał, ale raz, że „nikogo tam nie ma”, a dwa, że pomimo kilkukrotnej zmiany ustawień, Google jakoś lubi wciskać mi informacje o tym, kogo mogę znać. Nijak ma się to jednak do efektywności ich wyszukiwarki, bo propozycje ani razu nie trafiły, wszystkie osoby okazały mi się zupełnie obce… a przecież przez tyle lat mieli dostęp do mojej poczty, kontaktów, wyników wyszukiwania… Po zmianach jest lepiej, ale jakoś mam wrażenie, że jest to obecnie klon Facebooka. Tymczasem świat „już wybrał” sieć społecznościową, więc czy coś przemawia za tym, aby używać kolejnej… i kolejnej… i kolejnej?
Gdzie są foldery?!
Spójrzmy w stronę Picassy. Program jest naprawdę dobry, oferuje możliwość bardzo szybkiej korekcji czy lekkiego retuszu zdjęć (jak dla mnie, amatora, to wystarcza aż nadto) nieźle radzi sobie z synchronizacją, chociaż narzuca nam pewien układ katalogów na dysku. Gorzej jest, gdy przejdziemy do samej aplikacji webowej. Nadaje się ona tylko dla osób, które mają zdjęcia z jednej określonej kategorii, mają niewiele zdjęć, lub są po prostu bałaganiarzami. Dlaczego tak uważam? Bo nie można tworzyć folderów (galerii) wewnątrz innych. Jedyny istniejący poziom zagnieżdżenia to albumy -> zdjęcia. Gdyby dało się utworzyć samodzielnie chociaż jeden poziom więcej, byłoby nieźle, no ale nie można. Problem pojawił się u mnie wtedy, gdy zaczęło przybywać zdjęć, a wiele z nich było z jakiejś „dziedziny”, a jednak na tyle innych, że chciałem je rozdzielić. Wtedy okazało się, że jedyne co mogę zrobić, to lawinowo tworzyć nowe i nowe albumy, co czyniło cała galerię strasznie nieczytelną. Uznałem, że to usługa mnie ogranicza, bo konkurencja pozwalała na niemal dowolny poziom zagnieżdżenia, no i Picassę porzuciłem. Niemniej przyczepię się do jeszcze jednej rzeczy. Gdy w koncie Google ustawimy sobie awatar, zostanie on zapisany właśnie do Picassy, do nowego, publicznego albumu. Kolejny niepotrzebny bałagan – a co, jeżeli nie chcę, aby w udostępnianej przeze mnie galerii wisiał album z awatarkiem, który szczerze mówiąc, pasuje tak jak brud na szybie? No tak, jest rozwiązanie, zrobić ten album prywatnym! Zmieniamy i… nie mamy awataru. Niestety klops.
Dysk dokumentowy
Dokumenty Google wykorzystuję głównie jako miejsce na zapisanie jakichś informacji, do których czasami muszę mieć nagły, niezapowiedziany dostęp, ot jakieś numerki, cyferki, takie tak. Wszystko było świetne, w szczególności gdy używałem Androida. Jest sobie aplikacja, no i o ile mamy dostęp do internetu, można w każdej chwili sprawdzać. Jak to jednak robić na innym urządzeniu? Nie da się? Oczywiście, że się da, wystarczy przecież tylko wejść przez przeglądarkę. No ale nawyk wyrobiony przez Google zaowocuje wtedy tylko niezbyt atrakcyjną wiązanką słów. Teraz i tak sytuacja nieco się poprawiła, bo możemy użyć Google Drive, dzięki któremu będziemy mieli te pliki przy sobie z możliwością ich edycji w ulubionym oprogramowaniu (w szczególności na komputerze). Samo Google Drive pozostawia jednak wiele do życzenia, ale nie będę o tym pisał w tym wpisie. O samym edytorze nie można zbyt wiele powiedzieć, bo każdy ma swój gust i wybiera to co dla niego najlepsze. Bez bicia przyznam, że ten z Google uważam za kiepski, podobnie jak wolne pakiety biurowe głównie za sprawą… interfejsu. Tak, od lat używam MS Office i raczej nie chcę się przesiadać na coś innego, pomimo, że jest to podobna sytuacja, którą opisuje ten wpis…
Chmury są, ale gdzie podłoże?
Do czego ogólnie zmierzam? Mój wniosek końcowy jest taki, że Google stworzyło naprawdę wygodny i dający duże możliwości ekosystem, ale jest on dosyć zamknięty w sobie. Co więcej, przewiduje on używanie tych usług głównie w połączeniu z innymi usługami od Google, no i na urządzeniach, które Google promuje – tak te z Androidem, jak i rasowe Chromebooki. Całość okazuje się klapą, gdy nagle stracimy połączenie z siecią. Co prawda w głównej mierze nie są to usługi przeznaczone do pracy offline, ale spoglądając na konkurencję można stwierdzić, że dałoby się to lepiej rozwiązać – najpierw stworzyć odpowiednią podstawę jako tradycyjne aplikacje, a dopiero później popłynąć z chmurami. Może nie oferować aż tyle opcji, które są nie do wykorzystania na innych platformach?
A może to wszystko to po prostu kolejne pasy, które sami nieświadomie zapinamy, powodując że coraz „pewniej” siedzimy w wózku z wielkim napisem Google? Problem polega na tym, że po przekroczeniu pewnej granicy możemy mieć trudności z ich odpięciem gdyby nagle okazało się, że wózek leci w przepaść, lub że ten konkurencyjny jest dla nas tak naprawdę lepszy.