Motorola RAZR i – Pokochałyby ją miliony… ale…

Nadszedł już czas…. najwyższy czas… na podsumowanie mojego testu z Motorolą RAZR i w roli głównej. Początkowo myślałem, że będzie to po prostu kolejny telefon z Androidem jakich wiele. Myślałem, że będzie można oceniać sam sprzęt, a oprogramowanie przecież na każdym jest podobne, ogranicza się tylko do niewielkich różnic. Tak się jednak nie stało i uważam, że Motorola nie jest takim samym telefonem. Jest czymś, czym naprawdę warto się zainteresować.
Czytaj więcej >>

Motorola RAZR i – Ups…

Taki typowy test różnych elementów telefonu byłby chyba zbyt nudny, tym bardziej, że Motorola RAZR i jest moim zdaniem zbyt ciekawym tworem, aby przejść obok niej zupełnie obojętnie. Postanowiłem więc spróbować czegoś jeszcze. Tak naprawdę zdecydowałem się na to kilka dni po rozpoczęciu testu, ale najpierw należało opisać to co dostajemy fabrycznie. Nie zobowiązywałem się nigdzie do tego, że nie będę grzebał więc… stało się, naprawdę nie wiem jak do tego doszło i dlaczego padło akurat na mnie… postanowiłem wrzucić zmodyfikowane oprogramowanie, z czego wyszło kilka przygód.
Czytaj więcej >>

Motorola RAZR i – Bateria i aparat

Podczas całego testu Motoroli RAZR i w komentarzach parę razy padło pytanie o czas pracy na baterii. Pytanie jak najbardziej stosowne, bo przecież telefon nie należy do grupy gigantów, bateria ma sporą pojemność (2000 mAh), a całości dopełnia procesor Intela, mimo wszystko rzadko używany w telefonach no i z niepewnym oddziaływaniem na czas pracy. Specjalnie wnioski na ten temat odsuwałem w czasie jak najdalej, aby wynik był jak najbardziej miarodajny. Dzisiaj mogę już coś na ten temat powiedzieć, podobnie jak i o aparacie, dla niektórych elemencie dosyć istotnym w nowoczesnych smartfonach.
Czytaj więcej >>

Michał Cholewa – Punkt cięcia

Punkt cięcia - Michał Cholewa

Rok temu na łamach bloga opisywałem książkę Gambit napisaną przez pana Michała Cholewę. Przyznałem wtedy, że jestem raczej realistą i zderzenie z literaturą science-fiction było dla mnie naprawdę interesujące. Po tym czasie otrzymałem od wydawnictwa Ender możliwość lektury kontynuacji, książki Punkt cięcia. Trzeba przyznać, że czas i lektura kilku innych tytułów w międzyczasie zrobiły swoje i musiałem sobie przypomnieć fabułę, w czym pomocny był sam wpis. Szybko jednak odnalazłem się w nowej rzeczywistości… rzeczywistości z przyszłością pełną wraków po druzgocącym uderzeniu sztucznej inteligencji.

Gambit rzucał nas w środek zmagań pomiędzy siłami Unii Europejskiej oraz Stanów Zjednoczonych o niewielką i raczej mało wartą planetę. Znajdowały się jednak na niej dane, które można uznać wręcz za artefakt, co było powodem inwazji UE. Punkt cięcia kontynuuje fabułę dokładnie w miejscu, w którym zakończyliśmy. Oddział pozostawiony na planecie, w skład którego wchodzi polski szeregowy Wierzbowski, przeszedł do cichej walki partyzanckiej. Próbują się oni kontaktować z dowództwem, ale odpowiedzi nie ma. Sytuacja nie jest jednak zła, a bagno i ciągła mgła przenika do bohaterów zmieniając ich naturę. Teraz stają się oni łowcami, a cisza lub nietypowe odgłosy żyjącego bagna stają się ich sprzymierzeńcami. Nagle otrzymują oni rozkaz ataku na niewielki posterunek Stanów Zjednoczonych w celu odbicia ważnego jeńca. Zadanie nie trzyma się kupy, ale oddział decyduje się je wykonać. Po dotarciu na miejsce i wyeliminowaniu przeciwników, że rozkaz wcale nie przyszedł z dowództwa…

Tymczasem Imperium organizuje duże manewry, które mają na celu zbadanie bezpieczeństwa Nefrytowego Tygrysa – przekaźnika czasu rzeczywistego, którego posiadanie  daje sporą przewagę w prowadzeniu skoordynowanych działań wojennych. W kontynuacji główną opisywaną siłą nadal jest Unia Europejska, ale tym razem możemy dosyć dobrze przypatrzeć się temu jak funkcjonuje Imperium, włącznie z odwiedzinami zakazanego miasta, stolicy. Okazuje się, że urzędnicy i wojskowi w tym kraju kierują się dziwnymi zasadami, a etyka i protokół jej dotyczący potrafi solidnie namieszać w podejmowaniu ważnych decyzji. Nie przeszkadza to jednak w knuciu wielu intryg i budowania napięcia niepewności.

Co mogę napisać na koniec? To co napisałem powyżej za wiele nie mówi, ale nie chcę tutaj spoilerować, bo książka jest na to po prostu za dobra. Kontynuacja wciągnęła mnie bardzo mocno – pełno tu scen rodem z filmów szpiegowskich, ale nie brakuje fantastycznych opisów bitew w przestrzeni kosmicznej i nie tylko. Żal człowieka ściska, że polskie książki nie są ekranizowane, bo mogłyby podbić serca fanów Gwiezdnych Wojen czy Star Treka. Polecam i czekam na kolejną część, którą mam nadzieję że zobaczymy.

O tym, jak dzięki Microsoft Office 2013 zainstalowałem LibreOffice

O ile dobrze pamiętam, od czasów pierwszego komputera w domu znajdował się na nim pakiet Microsoft Office – te 13-14 lat temu nikt w domu czy wśród znajomych nie wiedział co to piractwo, ba, nikt nie wiedział, jak obsługiwać większość rzeczy. Później lata szły do przodu, zmieniała się wiedza, ale pakiet ciągle był ten sam, ze względu na przyzwyczajenia, a co za tym idzie również wygodę użytkowania. Od kiedy stałem się bardziej świadomym użytkownikiem próbowałem innych rozwiązań, ale niespecjalnie przypadały mi do gustu. Niedawno MS Office 2013 dał mi wyraźnie do zrozumienia, że jakiś jego konkurent po prostu musi być zainstalowany. Dlaczego? O tym we wpisie.
Czytaj więcej >>